Zaprowadziłem Ross`a do Arleny, w myślach układając plan. W watasze mamy już trzech wojowników, także jutrzejszy trening poprowadzi się w parach. Ross z Taigą, a ja z Lily, powinno być w miarę OK. Rozsiadłem się na kanapie, kiedy Ar uwijała się wokół zdezorientowanego chłopaka. Posadziła go na stołku, wyciągnęła miarki i zaczęła go mierzyć. Następnie przyniosła pozostałości z deseru - kruche ciasteczka z czekoladą w kształcie wilczych łap i podała je nam. Zajadając ze smaki myślałem o nowych zmianach w watasze, w końcu nasz rozwój przebiega w zaskakująco szybkim tempie. Zaplanowałem stworzenie kilku sojuszy, które zapewniłyby nam nietykalność terytorialną, ale nadal nie zdecydowałem się na podjęcie konkretnych działań w kierunku jakiejkolwiek innej watahy. Uch, muszę się w końcu za to zabrać. Po pół godzinie Arlena miała wszystkie wymiary i w miarę ogarnięte szkic ubrań. Już mieliśmy wychodzić, gdy zatrzymała Ross`a i uśmiechnęła się do niego.
- Polecam medytację, bardzo pomaga - rzekła wesoło, pożegnała się z nami oraz dość subtelnie wypchnęła na drzwi. Chłopak spojrzał na mnie ze dezorientacją.
- Arlena jest wybitną kucharką, szwaczką i powiedźmy, że nie musi być przy czymś, ani coś słyszeć, czy widzieć. Ona to wie, widocznie chodziło jej o twój problem z utrzymaniem ludzkiej postaci. - Przypomniałem sobie o treningach. - Jutro, wschód słońca, trening.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz