Więcej czasu spędzałem u Arleny, aniżeli we własnej jaskini. Uwielbiałem to miejsce, było pełne ciepła, bałaganiarstwa, ale jednocześnie biła od niego czułość, jakby właścicielka całą duszę wkładała w ogarnięcie go. Dokończyłem kruche ciasteczka i spędziłem godzinę rozmawiając z Ar, na temat nowych członków watahy. Może i była młodsza, ale potrafiła myśleć za czterech, miała bystry umysł i zauważała detale, które mi umykały. Później postanowiłem odwiedzić Tai, zmieniłem się w wilka i ruszyłem, kierując się jej zapachem. Wyskoczyłem z krzaków, po jej zmęczeniu domyśliłem się, że trenowała.
- Przestraszyłem cię? - spytałem z troską, odetchnąłem gdy zaprzeczyła.
- Ile czasu nie byłaś w żadnej watasze? - zapytałem, chcąc zagłuszyć cisze. Odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie, to dlatego nie jest przyzwyczajona do zasad, panujących w watahach.
- Jak ci powiem, to będziesz się ze mnie śmiać do końca życia. Słyszałaś o parze bogów, Ascren`ie i Crystal? Widzisz oni się kłócą. Pamiętasz te anomalie pogodowe na przestrzeni ostatniej dekady, klęski żywiołowe, niespodziewane erozje? To sprawka ich humorków. Pogodziłem ich, dostałem teren i zadanie do wykonania, żebym stworzył miejsce, do którego każdy zraniony i samotny może przyjść. - Uśmiechnąłem się. - Mam nadzieję, że się już zadomowiłaś. Od jutra, dojdą dwa nowe wilkołaki na treningi, Ross i Lily.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz